Chodzi o lustro niechciane przeze mnie, ma się rozumieć:) Dlaczego? Zaraz opowiem, ale po kolei: przeglądając mnóstwo wnętrzarskich blogów polskich i zagranicznych, śledząc nowe trendy i mody dekoratorskie mogę powiedzieć, że wiele przedmiotów, mebli, innych wytworków chętnie widziałabym u siebie w mieszkaniu. Są jednak takie, do których chyba nie zapałam miłością, bo jakoś nie mogę się przekonać i już. No na przykład lampy industrialne, tildowe przytulasie, wielkanocne jaja i ... lustra-słońce. Szczególnie te ostatnie. Myślałam o nich: "kurcze, jakiś koszmar!" Nie dość, że kojarzyły mi się z pogańskim Apollinem, to w dodatku miałam wrażenie, że zza rogu pokoju "oświetlonego" przez takie lusterko zaraz wyskoczy Ludwik XIV w tej swojej peruce. Nie gniewajcie się za dosadność opinii, ale dla mnie ważne są takie skojarzenia. Parę dni temu z czeluści piwnicznego składziku rupieci wytaszczyłam takie cudo (chodzi o ten okrągły przedmiot z prawej):

Przypuszczam, że był to jakiś dekoracyjny talerz do zawieszenia na ścianie. Paskudny, prawda? Jedyne, co mnie w nim przekonało to okalający wzór, który swoją kolorystyką pasował do mojej szafki (ci, którzy odwiedzają bloga, wiedzą, że chodzi o szafkę, nad którą wiszą tabliczki "Vis", "Kraków", "Roma"). Kombinowałam, co z nim zrobić. Nietrudno chyba zgadnąć, co mi się od razu nasunęło... I jak na złość w łazience stało jeszcze okropniejsze lusterko toaletowe pamiętające moje czasy studenckie. Było plastikowe, błyszczące i w kolorze wściekłej zieleni! Nie wyrzuciłam go jedynie przez sentyment. Jego właściwa część idealnie pasowała w środek znalezionego talerza. Wbrew samej sobie, tylko dla ładnego ornamentu znaleziska i dla przyjemności pozbycia się lusterka w kolorze groszku popełniłam właśnie lustro-słońce, ach...!
Na zdjęciu widać to lusterko po zdjęciu z nóżki i pracach wstępnych (potraktowaniu jego ramki białym akrylem na odwrociu).
Talerz tu i ówdzie pokryłam białą farbą, która dobrze "wydobyła" wzór, zrobiłam przecierki, polakierowałam, przykleiłam kilka koralików-perełek oraz samo lusterko i mam już to "niechciane":
Zdaję sobie sprawę, że nie jest to ósmy cud świata, ale do kącika pasuje. Wnikliwym Obserwatorom dostrzegającym moją osobę w odbiciu już mówię: "to nie dlatego, że rano się nie poczesałam, to z powodu szału twórczego, w który wpadłam;)". A to cała aranżacja:
Pytam nieśmiało: "Co Wy na to? Ujdzie?"
I wiecie co? W piwnicy widziałam już kolejne lustro, takie wieeelkie, ze starej toaletki, ciekawie wykrojone, hmmm... i chyba znów coś się szykuje... ale to już będzie inna historia.
A tak na marginesie, przypomniało mi się, że w czasach wczesnochrześcijańskich pierwsi wyznawcy o Chrystusie mówili "Sol verus", Słońce prawdziwe lub "Lux mundi", Światłość świata, o promieniach słonecznych zaś "światłość wiekuista", odnosząca się do Osoby Boga (stąd też potem cała długa historia proweniencji Świąt Bożego Narodzenia). I taka symbolika z kolei bardzo mi odpowiada:)
Pięknej niedzieli pełnej światła!